czwartek, 14 marca 2013

Story 1#

Sorki że piszę tak bez prologu ale nie umiem :D. Nie, nie to że nie umiem. Nie wychodzi mi. Mam nadzieję, że i tak będzie dobrze. :) Każdy komentarz to dla mnie coś wielkiego :)
****************************************
Wstałam rano około 7:30. Byłam jak zwykle uśmiechnięta. Jestem wielką optymistką. Moja cała rodzinka czyli : Mama Kate, Tata Rob, brat Lukas i siostra Margaret są teraz w Norwegii. Jutro wracają. Ja miałam do wybrania albo polecieć z nimi, albo pojechać na obóz taneczny z przyjaciółmi i chłopakiem. Oczywiście wybrałam obóz. Kocham taniec. No ale nic. Podeszłam do szafy i ubrałam się w czarną bejsbolówkę, granatowe szorty i granatowe converse. Zbiegłam na dół i zajrzałam do lodówki. Wyjęłam wczorajsze naleśniki i je sobie podgrzałam. Za 9 mies. mam urodziny i nie mogę się doczekać. Zjadłam, nie ja obchnęłam naleśniki i skoczyłam jeszcze na górę. Nagle zadzwonił telefon. Zeszłam na dół i odebrałam 
- Alice ? - zapytał jakiś damski głos
- Tak, ale o co chodzi? - zapytałam 
-  Alice ja wiem, że to może być dla ciebie wstrząs ale... Pakuj się. Zaraz ktoś po ciebie przyjedzie. - "KTOŚ" powiedział
- Ale pani "Ktoś", po pierwsze o co chodzi, po drugie dlaczego mam się pakować a po trzecie, jak to "przyjedzie" ? - zapytałam zdziwiona
- Wytłumaczę ci to potem ale na razie się pakuj - Zrobiłam to o co pani Ktoś prosiła. Poszłam na górę i się spakowałam. Wzięłam tylko część rzeczy bo nie wiedziałam gdzie, kiedy, po co i na ile jadę do Ktosiolandii. Nagle usłyszałam dzwonek. Zeszłam z małą walizka na dół i otworzyłam.
- Ale jak to? Nie zabierasz wszystkiego ? - zapytał jakiś mężczyzna.
- Ale ja nie wiem nawet co się stało i gdzie ja jadę więc ... - powiedziałam z sarkazmem.
- Aj. Ty jeszcze nie wiesz. To może być dla ciebie wstrząs ale twoja rodzina... rozbiła się jak wracali. Samolot spadł do morza... ale my nic nie mogliśmy zrobić. Jedziesz do domu dziecka. nie znaleźliśmy innej rodziny dla ciebie więc musisz pojechać do... - nie dałam mu skończyć. Byłam w szoku
- Do domu dla dzieci bez rodziców ! - krzyknęłam i pobiegłam do łazienki. Ten facet zaczął walić w drzwi. Dopiero po jakiś 30 min. wyszłam cała we łzach. 
- Idź się spakuj całkowicie - powiedział uśmiechając się. Mi nie było do uśmiechu. Przytaknęłam i poszłam się bardziej spakować. Teraz to już chyba zabrałam cały pokój. 
- A mogę się pożegnać z przyjaciółmi ? - zapytałam.
- Pewnie ale szybko. - odpowiedział wkładając moje "napakowane" walizki do bagażnika. Najpierw zadzwoniłam do wszystkich i powiedziałam abyśmy się spotkali pod naszym dębem. Za jakieś 15 min. wszyscy już byli.
- Alice. My już wiem ale... Musimy ci coś powiedzieć - zaczęła niepewnie Lili
- Bo my. ... tak na prawdę nie byliśmy z tobą szczerzy. Kolegowaliśmy się z tobą bo byłaś lubiana nawet bardzo w szkole ale teraz jak odchodzisz to nie możemy się kontaktować - dokończył Kris. No zajebiście. Najpierw rodzinka a teraz oni. Najgorszy z najgorszych dni w życiu. Zapłakana wróciłam do tego faceta z domu opieki społecznej. On zabrał mnie do sierocińca. Nie ma co przywitali mnie i to nawet fajnie ale z czego się tu cieszyć ? Jakaś babka Elizabeth zaprowadziłam mnie do mojego pokoju. Ale mi się trafiło. Musiałam mieszkać z 4 chłopakami ! Poszłam do siebie na łózko i się rozgościłam. Szybko się jednak zakolegowaliśmy. Kubson, Dawid, Bartek i Kamil. Fajne imiona. Dogadywaliśmy się nawet nie źle. Zaprzyjaźniłam się z nimi i miałam tylko jedną prośbę, aby mnie nie zranili tak jak tamci. Przysięgli. To już coś. W domu dziecka ni jest tak źle. Boże ... Nie mam rodziny i mówię że nie jest źle... Ale na prawdę. Niby tam jestem tylko 2 miesiące ale się już rozkręcam. Nauczyłam się grać na perkusji i malować . Na rysunkach podpisywałam się "Vimi". Moja mama zawsze tak na mnie mówiła. Moje "beztalencia" się tam rozwijały. Pewnego dnia ... zaczynam pisać jak jakąś powieść ale to nie ma sensu. 15 Lipca do moich uszu dotarły wieści że Kubson został adoptowany. Bardzo mnie to zabolało ale to nie ja wybierałam. On był najstarszy bo mu najmniej brakowało do 18. Potem byłam ja. Reszta zaczęłam się dziwnie, ale to strasznie dziwnie zachowywać. Kubson zawsze był z nas najmądrzejszy i nas przestrzegał przed narkotykami itp. ale teraz oni strasznie się zachowywali. Po jakimś czasie (chyba tydz. od adoptowania Kubsona) zauważyłam, że chłopaki przynieśli marihuanę. 
- Ej ! Co wy robicie ?! - krzyknęłam
- Raz spróbujemy - powiedział Dawid i każdy zaczął wciągać prochy. Sprzeciwiałam się temu ale oni nie chcieli mnie słuchać. Najpierw po rzekomych "prochach" zaczęli strasznie wariować. Potem Bartek szepnął coś do Dawida i Kamila. Wszyscy się uśmiechnęli i zaczęli się dziwnie na mnie patrzeć. Przestraszyłam sie i chciałam jak najszybciej wyjść z pokoju, ale... we troje zastawili mi drogę. 
--Przepuście mnie ! Słyszycie !? Bo zawołam Panią Elizabeth ! - krzyczałam, ale oni zaczęli się szyderczo śmiać. Strasznie się w tamtej chwili bałam i stało się to czego się obawiałam najbardziej. Tak... Zgwałcili mnie. Na początku wyrywałam się i krzyczałam ale potem zakleili mi usta taśmą. Wyrywałam się ale to nic nie dało. Potem jak gdyby nigdy nic wyszli z pokoju i trzasnęli drzwiami. Ja leżałam cała zapłakana. Szybko się ubrałam i zamknęłam drzwi na klucz. Nie chciałam nikogo wpuszczać. Usiadłam przy ścianie i zaczęłam od tak beczeć. Nagle ktoś zapukał do moich drzwi. Nie pewnie powiedziała,:
- Kto tam ?
- To ja, Elizabeth. Wpuść mnie. - powiedziała opiekunka.
- Już  - odpowiedziałam, otarłam łzy i otworzyłam drzwi. Przed a właściwie za nimi stała kobieta z bananem na mordzie. Gdy tylko wdarła się do pokoju zapytała:
- Dziecko co się stało ?
- A nic. Po co pani tu przyszła ? - zapytałam obojętnie.
- Przyszłam tu bo właśnie twoja ciocia się zgłosiła że chce cię adoptować  - powiedziała znów z bananem. 
- Zapomniałam o niej - powiedziałam patrząc się w podłogę.
- Dokładnie, pakuj się jutro masz samolot. - powiedziała wychodzą. Położyłam się na łóżku i znów zaczęłam płakać. Znów moi najlepsi przyjaciele mnie zranili. Teraz na pewno już nikomu nie  uwierzę. Po prostu nie będę w stanie. Od dziś jestem zimną suką. Mam nadzieję że niektórym się to spodoba. Nie ma już dawnej mega optymistycznej Alice. Teraz jest ponura laska z czarnym kotem. Wywalam z tej budy. Nigdy tu nie wrócę. Nawet się cieszę, że będę mieszkać z ciotką, bo ona jest taka, że widzi tylko swój czubek nosa. Postanowiłam zacząć się już pakować. Gdy chłopaki wrócili do pokoju wybiegłam do łazienki. Byli na haju więc nic nie pamiętali, ale w mojej pamięci to zostanie na zawsze. Około 22:00 poszłam spać. Obudziłam się dosyć rano. Około 7:30. Wstałam i poszłam zrobić poranną toaletę. Gdy szłam myślałam "Żegnaj twarde łóżko, złe wspomnienia, nie dobre żarcie. Mnie tu już za 2 godziny nie będzie." Cieszyłam się jak małe dziecko ale to co było wczoraj pogarszało mój nastrój. Weszłam do pokoju i nie mogłam patrzeć na tych bydlaków. Wzięłam tylko swoje walizki i wyszłam trzaskając drzwiami z pokoju. Chyba usłyszeli, z resztą o to mi chodziło. Zeszłam na dół gdzie już czekał pan Chris. Taki jakby taksówkarz. Zakolegowałam się z nim. Wsiedliśmy oboje do samochodu i odwiózł mnie na lotnisko
-Tu już musisz sobie sama poradzić - powiedział pokazując na te okropne bramki. Jeszcze nigdy nie leciałam samolotem nad oceanem, morzem czy czymś tam. Szczęśliwie przeszłam przez bramkę i dotarłam do samolotu. Wsiadłam a koło mnie usiadła jakaś mała dziewczynka. Nie lubię małych dzieci. Strasznie mnie denerwują. Ale odkręciłam się w stronę okna i włożyłam słuchawki do uszu. Można w to nie wierzyć, że po takiej katastrofie w samolocie gdzie zginęła cała moja rodzina ja wsiadłam do samolotu. Odpowiedź jest prosta. Mam już wszystko w dupie. Czy zginę, czy nie. Brak mnie = mniej kłopotów. Tak zgadzam się z tym. Samolot ruszyła i był już w powietrzu. Ja zasnęłam ...

************************************

Hehe. Pierwszy rozdział nie za ciekawy. Wszystko się szybko dzieję ale chciałabym przejść do sedna sprawy. :)
Ale i tak mam nadzieję, że się spodobało ^^

CZYTASZ=KOMENTUJESZ
No to narkaa <3 :)